poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Pittacus Lore "Jestem numerem cztery"

Tytuł: Jestem numerem cztery (I Am Number Four)
Cykl: Dziedzictwo Lorien
Tom: 1
Autor: Pittacus Lore
Wydawca: G+J
Data wydania: 24 luty 2011
Liczba stron: 319

W wiejskim Ohio przyjaźnie i piękna dziewczyna rozpraszają piętnastolatka, który od dziesięciu lat ukrywa się na Ziemi, czekając, aż ujawnią się jego Dziedzictwa, czyli moce, których będzie potrzebował, by dołączyć do pozostałej piątki ocalałych członków Gardy i pokonać Mogadorczyków, którzy zniszczyli ich planetę Lorien.  

Kiedy na ekrany polskich kin wchodził film „Jestem numerem cztery” od razu miałam ochotę się na niego wybrać. Niestety moje plany nie wypaliły i odłożyłam obejrzenie go na ewentualną przyszłość. Gdzieś później o uszy obiło mi się, że jest, ale nie bardzo zawracałam sobie tym głowę. Teraz jednak dostałam w swoje łapki tom drugi tej serii i za nic nie mogłabym sobie darować gdybym nie zaczęła czytać od początku.

Daniel jest na imprezie na łódce znajomego. Świetnie się bawi kiedy w pewnej chwili czuje przeszywający ból łydki i już wie, że musi uciekać. Wie, że Numer Trzy nie żyje a on jest kolejny. Mieszka na Ziemi już od dziesięciu lat i ucieka przed wrogami, którzy zabili mu rodzinę.
Teraz już nie jest danielem. Staje się Johnem Smith'em. Przeprowadza się do miasteczka Paradise w Ohio i tu zaczyna nowe życie naznaczone ciągłym strachem, gotowością do ucieczki i oczekiwaniem na wrodzone dziedzictwa.

„Jeśli straciłeś nadzieję, straciłeś wszystko. A kiedy ci się wydaje, że wszystko stracone, kiedy wszystko wygląda tragicznie i beznadziejnie, zawsze jest nadzieja.” *

Muszę przyznać, ze spodziewałam się czegoś zupełnie innego a dostałam całkiem przyjemną historię z kosmosem w tle. Opowieść o wielkim poświęceniu, walce o własne ja. John (umówmy się, ze będę go nazywała jego aktualnym imieniem) pochodzi z innej planety. Żyje w świadomości, że jest jednym z niewielu, którzy mogą uratować Lorien, ich rodzimą planetę. Jednak chłopak praktycznie wychował się na Ziemi i nie zna innego życia. Nie wie tak naprawdę o co ma walczyć. Jednak wszystko się zmieni, kiedy w końcu uaktywnią się jego dziedzictwa.

John jest zarówno głównym bohaterem jak i narratorem książki. To on stopniowo wprowadza nas w swoją historię. Przez niego poznajemy Henriego, jego opiekuna, osobę która podtrzymuje w nim wiarę w Lorien. Razem z nim przeżywamy wszystko troski i rozczarowania. Widzimy, ze nie jest wcale bohaterem, choć w przyszłości będzie musiał uratować swoją cywilizację. Chciałby być normalnym chłopakiem, którego jedynym zmartwieniem byłyby oceny, przyjaciele, dziewczyna.

Jednak nasz bohater nie jest sam. Towarzyszy mu kilka przyjaznych istot. Henri, który jest dla niego jak dawno utracony ojciec. Wspaniałego, wiernego psa Berniego Kosara. Zwariowanego na punkcie obcych przyjaciela Sama, a także piękną Sarę, z która łączy go uczucie. A często nawet w zaciętych wrogach odnajduje przyjaznych ludzi.

Muszę powiedzieć, że „Jestem numerem cztery” to wspaniała książka, która naprawdę mi się podobała. Dynamiczna, trzymająca w napięciu akcja, barwni, interesujący bohaterowie. Ciekawa fabuła, która pozwoliła odpocząć trochę od tych wszystkich magicznych istot. A co tam, kosmici też są fajni! Autorzy ciekawie przedstawili cała opowieść, ukazali historię Lorien i atak Mogadorczyków. Jest tu trochę magi, tajemnicy i dużo, dużo równych emocji. Jednak ciągle kością w gardle stoi mi fakt, że tak do końca nie wiadomo po co ci straszni Mogadrczycy za nimi podążają z chęcią ich zagłady? Ale wnioskując po ich zachowaniu oni już po prostu tacy są.

W książce brakuje mi jednak opisu bohaterów. John opisał tylko niektóre postaci. Wiadomo nie miał powodu opisywać na przykład siebie. Jednak nie mogłam sobie go wizualizować i przed oczami z oczywistych powodów stał mi ciągle Alex Pettyfer.

Co do samej książki i jej oprawy graficznej. Moja miłość czyli wypukłe litery i za to wielki plus. Okładka z filmowym bohaterem. Średni pomysł szczególnie, że z jakąś taką dziwną on jest miną, a w filmie było dużo lepszych ujęć :D. Znalazłam jednak mnóstwo literówek i złych form gramatycznych („Nawet gdybyśmy ścigali wampirów, po co ci, do diabła, modelina?”), co mnie niestety ciągle dekoncentrowało.

Książka jednak jak najbardziej godna polecenia. Nie jest to może rasowe sciene-fiction, jednak zdecydowanie dużo fantastyki, sensacji i romansu. Powinny po nią sięgnąć osoby, które oglądały film. Książka jest czymś zupełnie innym i moim zdaniem lepszym. Koniec sprawił, ze z tym większą radością zasiądę do kolejnych części.

Moja ocena: 9/10

* - wszystkie cytaty użyte w tekście pochodzą z książki „Jestem numerem cztery” 

W styczniu 2012 roku polska premierę miała druga część cyklu "Moc sześciorga"


A także na podstawie książki powstał film pod tym samym tytułem. 


 ~o.O.o~

I jeszcze nieświadomych informuje o konkursie z okazji pierwszej rocznicy tego bloga. Więcej informacji po kliknięciu w baloniki na górze bocznej kolumny :D 

sobota, 7 kwietnia 2012

Wiktor Trojan "Axis Mundi"

Tytuł: Axis Mundi
Autor: Wiktor Trojan
Wydawca: Novae Res
Data wydania: 21 Wrzesień 2011
Liczba stron: 604

Poznaj inspirowane niezwykłymi faktami losy Witolda Bohuszewicza i jego pana Olbrachta Łaskiego – największego awanturnika swoich czasów. Ich wędrówce niezmierzonymi przestrzeniami Rzeczpospolitej Obojga Narodów i mrocznej Anglii towarzyszy plejada nietuzinkowych postaci. Najwięksi magowie epoki: John Dee i Edward Kelley – hochsztaplerzy, a może przerastający swe czasy wizjonerzy?! Potężni władcy oraz ich być może jeszcze potężniejsi zausznicy: król i wódz Stefan Batory oraz do szaleństwa ambitny Jan Zamoyski; majestatyczna Elżbieta I Tudor oraz złowieszczy mistrz szpiegów Fransis Walsingham.



Uwielbiam lekcje historii. Może tego nie widać, patrząc na moje oceny, ale tak jest. Lubie książki historyczne (ich nie chodzi tu wyłącznie o romanse :D), ale tylko te które napisane są z całym oddaniem i pasją. Niestety nie można tego powiedzieć o dzisiejszych podręcznikach do historii. Czasami (bardzo rzadko!) kiedy coś mnie najdzie i zacznę się uczyć do sprawdzianu to... Nawet szkoda słów. Płacz i zgrzytanie zębów. Nie ma chyba lepszego sposobu na szybki sen niż mój podręcznik. A potem jest krzyk, że młodzież tępa i nie zna historii własnego kraju. Dlatego cieszy mnie wydanie książki Wiktora Trojana „Axis Mundi”.

Głównym bohaterem jest Witold Bohuszewicz, którego poznajemy (częściowo) już w dniu jego narodzin. Nie przebiegają one łatwo, więc wezwana zostaje wiedźma, która pomaga chłopakowi przyjść na świat. Mały Wituś chowa się pod czujnym okiem mamki i tajemniczego sługi. Stary Kmita jest największym bohaterem, niemal półbogiem małego podrostka.
Nadchodzi dzień postrzyżyn kiedy to dziecko z chłopca staje już pełnoprawnym mężczyzną. Ojciec Witolda, Fedor postanawia, że ma podjąć on służbę na dworze u Radziwiłów. Młody Bohuszewicz wyrusza w świat pełen przygód. Kimta na odchodne wręcza mu tajemniczy talizman, który odegra ważną rolę w życiu bohatera.
Dorasta u Radziwiłów, a następnie podejmuje naukę na Akademii Krakowskiej. Okazuje się zdolnym i pojętym uczniem. Niestety popada w kłopoty, które owocują pobytem w więzieniu. Wyciąga go stamtąd Olbracht Łaski. Losy obu tych panów połącza się ze sobą na wiele wiele lat.
Wybawiciel okazuje się sprytnym, inteligentnym, intrygantem. Łaknie władzy i pieniędzy. Celem jego życia jest zdobycie Mołdawii. Nic i nikt nie może stanąć na jego drodze do spełnienia. Niejednokrotnie to właśnie Witold będzie narzędziem w ręku Łaskiego.

Czytając „Axis Mundi” przenosimy się do XVI-wiecznej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Podróżujemy wraz z Witoldem. Doświadczamy wraz z nimi tragedii i okrucieństw wojny. Wypływamy wraz z nim do Londynu.
Poznaje on wiele ciasnawych osobowości. Ważnych magnatów, piękne kobiety, tajemniczych czarnoksiężników.
Zatapiamy się w świat pogoni za bogactwem, władzą, przyjemnościami. Odkrywamy tajemnice alchemii, kiedy to największym pragnieniem niektórych bohaterów jest ołów przemieniony w złoto.
Bohuszewicz zostaje w plątany w wiele niefortunnych wydarzeń i intryg. Nieraz ociera się o wielkie niebezpieczeństwo.

W powieści tej mamy prawdziwe zatrzęsienie różnorodnych postaci. Historycznych, takich jak np. Stefan Batory, Jan Zamoyski czy John Dee, ale też i całkowicie zmyślonych. Sam Witold Bohuszewicz jest wprawdzie postacią jak najbardziej realną, ale całe jego życie i przygody opisane w książce są zdecydowanie zmyślone.

„Axis mundi” jest niesamowitym utworem. Mimo iż rzadko sięgam po tego typu literaturę, to jestem zdecydowanie zadowolona z tej lektury. Autor ma niesamowity talent do snucia historii. Czyta się w ekspresowym tempie. Język jest co prawda lekko charakterystyczny jak dla tamtych czasów jednak w porównaniu z naszymi polskimi noblistami (mam na myśli Reymonta i Sienkiewicza) to bardzo miła i przyjemna opowiastka. Pan Trojan po prostu podbił moje serce. Jego gawędziarski styl jest cudowny. Z samych tylko wstępu i przypisów, uczynił coś niesamowitego (wyglądałam ich chyba bardziej niż całego rozwoju akcji :D). Krótko mówiąc uwielbiam tego człowieka i doczekać się wprost nie mogę aż zostaną wydane kolejne jego książki (bo mam nadzieje, że zostaną :D).

Cała oprawa graficzna „Axis mundi” jest przepiękna. Zarówna okładka jak i rysunek autora przed stroną tytułową nawiązujący do słowiańskich wierzeń. Papier tez jest fajny. Niby taki zwykły, ale wydaje mi się, że czymś się różni od innych książek. Niestety minusik mały za to, że materiał (papier dziecko, papier) z którego zrobiona jest okładka jest strasznie miękka i podatna uszkodzenia. Ale obrazek na niej jest boski.

Polecam naprawdę każdemu, bo książka warta jest naprawdę wielkiej sławy. Absolutnie domagam się zwolnienia z funkcji lektury szkolnej „Krzyżaków” lub „Potop” („Quo vadis” było całkiem niezłe więc je zostawmy) i zastąpienia ich ta oto pozycją.

Moja ocena: 10/10.


 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res oraz portalowi Sztukater.


~o.O.o~

Pozostaje mi już wam jedynie życzyć Wesołego Alleluja!

sobota, 31 marca 2012

Maggie Stiefvater "Drżenie"

Tytuł: Drżenie (Shiver)
Cykl: Wilkołaki z Mercy Falls
Tom: 1
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawca: Wilga
Data wydania: 16 maj 2011
Liczba stron: 459

Opowieść o wilkołakach z Mercy Falls zaczyna się w momencie, gdy jeden ze szkolnych kolegów Grace zostaje zagryziony przez wilki. Jego ciało w tajemniczych okolicznościach znika z kostnicy. Tymczasem Grace, sama jako dziecko zaatakowana przez sforę i cudem uratowana, od lat widuje pod domem wilka o złotych oczach. Mieszkańcy miasteczka wyruszają na polowanie, a Grace odkrywa, że jej wilk to tak naprawdę wrażliwy chłopak Sam, który wkrótce staje się jej bliższy niż rodzice i przyjaciółki, i o którego życie, a nawet zwykłą ludzką postać musi walczyć.

Każdy rozdział zaczyna się podaniem temperatury otoczenia. Gdy zapada zmierzch i robi się coraz zimniej, ludzie stają się wilkami. Zły człowiek pozostaje zły w wilczej skórze, a romantyk – może być wilkiem romantykiem. Jaką osobą okaże się Sam i czy uda się mu zachować ludzką postać…?



Wampiry zawładnęły dzisiejszą literaturą fantastyczną. Saga Zmierzch otworzyła bardzo szeroko drzwi wszystkim innym krwiopijcom, ale też i pozostałym nadnaturalnym istotom. Nie może tu zabraknąć wilkołaków od dawna uważanych za największego wroga wampirów. W „Drżeniu” nie mamy jednak do czynienia z odwieczną wojną raz.

Grace jako mała dziewczynka zostaje zaatakowana przez stado wilków. Od pewnej śmierci ratuje ją właśnie jedno z tych zwierząt. Tajemniczy wilk później często obserwuje dziewczynkę z lasu. Grace uważa go za przyjaciela mimo iż jeszcze nigdy nie pozwolił się dotknąć. Jednak sama jego obecność jest wystarcza.
Mijają lata. Dochodzi do straszliwego zdarzenia. Nastolatek zostaje zagryziony przez wilki. Mieszkańcy miasta żyją w strachu i straszliwym napięciu. Zaczyna się polowanie, które wiele zmieni w życiu Grace.

Książka ta chodziła za mną od kiedy tylko zobaczyłam jej zapowiedź w internecie. Nie mogłam doczekać się kiedy trafi w moje ręce. Porównywaniu do „Zmierzchu” jeszcze bardziej rozpaliły moją ciekawość. W końcu nadszedł dzień w którym mogłam spokojnie usiąść i zagłębić się w lekturze, która wciągnęła mnie i zachwyciła.

Obserwujemy historię Grace i Sama. Ich rodzącą się miłość, problemy czyhające na nich z każdej strony, strach przed nadchodzącą zimą, która może rozdzielić ich na zawsze. Książka jest pełna emocji, wzruszająca, ale jednocześnie delikatna (jeśli można powiedzieć tak o książce).

Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona z dwóch punktów widzenia (Grace i Sam). Pozwala nam to dokładnie poznać bohaterów, oraz w moim przypadku, całkowicie się w nich zakochać. Grace jest typem samotnika. Wiecznie zaganiani rodzice, którymi to ona bardziej się opiekuje niż oni nią. Od czasu ataku uwielbia wilki, a szczególnie tego „swojego”, przez co często jest nierozumiana przez otoczenie, a po ostatnich wydarzeniach wręcz znienawidzona. Bardzo inteligenta i wrażliwa.
Sam to postać w dużej mirze bardzo tajemnicza (straciłby pewnie cały swój urok gdyby taki nie był). Bardzo skrzywdzony przez życie. Można pomyśleć że nie ma chłopak charakteru. Był strasznie słodki i nie umiem nie określić go inaczej niż jako osobę nad wyraz cichą. Jednak wśród bohaterów odznaczających się silną osobowością, postać Sama była miłym wiaterkiem świeżości, odmiany.
W „Drżeniu” mamy do czynienia jeszcze z wieloma innymi postaciami. Każda jest na swój sposób inna, ciekawa i nie do końca taka jaka wydawać się może na pierwszy rzut oka.

W samej książce mimo dużej ilości stron nie za dużo się dzieje, i można nawet uznać, że czasami nawet powiewa nudą. Ja jednak nie mogłam się doczekać kolejnej strony, kolejnego rozdziały, mimo iż zbliżało mnie to do nieuchronnego końca. Akcja w dużej mierze skoncentrowana jest na samych wilkach, głównych bohaterach i ich przeszłości, a najbardziej na ucieczce przed coraz szybciej zbliżająca się zimą.

Bardzo spodobał mi się styl pisania autorki. Jej twórczość czyta się szybko i lekko. Potrafi zaciekawić czytelnika, zbudować odpowiednią atmosferę, wykreować wspaniałych bohaterów.
Bardzo podobał mi się pomysł dołączenia temperatury, która była na dworze w danym momencie akcji powieści, pozwoliło mi się to bardziej wczuć w opisaną rzeczywistość (czasami aż strząchało mnie z zimna mimo iż czytałam pod kocem z ciepłą herbatką w ręku).

Okładka bardzo ciekawa i estetycznie wykonana. Ten czerwony parasol i napis z tytułem ładnie odbijają się od tła i przyciągają wzrok. Wypukłe elementy, sprawiają bardzo przyjemne wrażenie. Nazwisko autorki jednak umieścić można było gdzieś indziej i bardziej je zaznaczyć.

Książkę polecam wszystkim zainteresowanym. Jest naprawdę piękna i magiczna, a nade wszystko romantyczna i aż nie mogę się doczekać kiedy przeczytam ja jeszcze raz, a tym bardziej kiedy znajdę czas na zapoznanie się z drugim tomem pt „Niepokój”. 

Moja ocena: 10/10 

sobota, 24 marca 2012

Spotkania autorskie z Larą la Voe

Wydawnictwo Novae Res i Stowarzyszenie Sztukater zaprasza na cykl spotkań autorskich z młodą pisarką Larą la Voe, która w wieku 19 lat zadebiutowała powieścią "3 płatki kamelii".

Ruda Śląska

Strzelin

Wrocław

Życie i twórczość
Lara la Voe, a właściwie Sandra Stempniewska, urodziła się 15 czerwca 1992 roku w Zielonej Górze.
Przez długi czas największą miłością młodej autorki było aktorstwo, od najmłodszych lat próbowała swoich sił na szkolnych scenach, dopiero  w 2009 roku związała się z Teatrem Lubuskim, gdzie wraz z grupą teatralną Proforma, szkoliła warsztat aktorski i występowała w happeningach promujących spektakle, pod opieką aktorki Olgi Paszkowskiej.
W wolnych chwilach tworzyła również wiersze i opowiadania, jej teksty poetyckie kilkukrotnie były wyróżniane i nagradzane na łamach wielu literackich konkursów.
Pod koniec roku 2007 stworzyła swoją pierwszą bohaterkę późniejszej powieści „3 płatki kamelii” Kathy Kalwin, a cała historia rozpoczęła się na forum internetowym o charakterze gry RPG poświęconej serialowi „Zagubieni”. Niebanalna, pozbawiona chronologii fabuła i bohaterowie przedstawiający świat w niezwykły sposób, przypadła do gustu użytkownikom, a później również redakcji wydawnictwa Novae Res, które wydało powieść „3 płatki kamelii” pod patronatem portalu i stowarzyszenia Sztukater w listopadzie 2011 roku, a Sandra Stempniewska, przybrała pseudonim artystyczny Lara la Voe. Wbrew pozorom, fikcyjne nazwisko nie ma na celu ukrycie prawdziwej tożsamości Sandry, z pseudonimem wiąże się bowiem literacka historia, którą pisarka ma zamiar ukazać w formie związku frazeologicznego w kolejnej powieści. Lara la Voe nie ma zamiaru spocząć na laurach po swoim debiucie i już teraz pracuje nad kolejną, tajemniczą książką.


Inspiracje
Lara la Voe określa swoją powieść literackim barokiem, który poza przepychem – emocjonalnym - nie ma z epoką zbyt wiele wspólnego. Prawdziwą inspiracją autorki jest Romantyzm z czołowymi przedstawicielami George Sand i Aleksandrem Dumas synem, w twórczości pisarki widoczne są również cechy dekadentyzmu i zafascynowanie modernizmem. Wśród ulubionych artystów Lary la Voe znajduje się również Salvador Dali, ponadto ceni postaci Kleopatry VII i jest wielką obrończynią honoru tragicznej francuskiej królowej Marii Antoniny i paryskiej kurtyzany „Damy Kameliowej” Marie Duplessis. W swojej twórczości stara się również oddać hołd powyższym postaciom.

sobota, 17 marca 2012

James Dashner "Więzień Labiryntu"

Tytuł: Więzień Labiryntu (The Maze Runner)
Cykl: Więzień Labiryntu
Tom: 1
Autor: James Dashner
Wydawca: Papierowy Księżyc
Data wydania: 9 listopada 2011
Liczba stron: 400

Kiedy Thomas budzi się w ciemnej windzie, jedyną rzeczą jaką pamięta jest jego imię. Kiedy drzwi się otwierają jego oczom ukazuje się grupa nastoletnich chłopców, która wita go w Strefie - otwartej przestrzeni otoczonej wielkimi murami, która znajduje się w samym centrum wielkiego i przerażającego Labiryntu.
Podobnie jak Thomas, żaden z mieszkańców Strefy nie wie z jakiego powodu się tu znalazł i kto ich tu zesłał. Czują jednak, że ich obecność nie jest przypadkowa i każdego ranka próbują znaleźć odpowiedź, przemierzając korytarze otaczającego ich Labiryntu. Jednak ta droga nie jest łatwa, bowiem Labirynt skrywa swoje okrutne tajemnice.
Kiedy następnego dnia po Thomasie windą do Strefy po raz pierwszy zostaje dostarczona dziewczyna przynosząc tajemniczą wiadomość, wszyscy Streferzy zdają sobie sprawę, że od tej pory nic nie będzie już takie jak było. Thomas podświadomie czuje, że to właśnie on i dziewczyna są kluczem do rozwiązania zagadki Labiryntu i znalezienia wyjścia. Ale z każdą chwilą czasu na to jest coraz mniej, a pytań wciąż więcej.


Co definiuje nas jako „nas”? Skąd wiem ja i wszyscy inni, jacy jesteśmy naprawdę? Co lubimy, a czego nie, w czym jesteśmy dobrzy a co nam kompletnie nie wychodzi?
Gdyby umieszczono każdego z nas w obcym nam miejscu, nadal wiedzielibyśmy, że to my. Jeśli jednak zabrano by nam również i to? Obabiono by nas z „nas”? Jacy bylibyśmy wtedy?

Thomasa właśnie to spotkało. Budzi się w ciemności. Po chwili uświadamia sobie, że znajduje się w windzie, która gdzieś go wiezie. Jednak za chwilę przychodzi kolejna refleksja. Ku swoim przerażeniu chłopak odkrywa, że nie wie o sobie nic poza imieniem. Zero jakichkolwiek wspomnień. Jakby naradził się na nowo z kompletnie czysta kartą.

Trafia do świata w którym mieszka więcej takich osób jak on, obdartych z przeszłości, umieszczonych bez konkretnego powodu w jednym miejscu dzieciaków. Jednak jego przybycie burzy spokój wśród społeczności jaką z trudem utworzyli ci nastolatkowie. Następnego dnia dołącza do nich kolejna osoba, mimo iż do tej pory zdarzało się to tylko raz na miesiąc, w dodatku jest to dziewczyna, co w grupie samych chłopców wywołuje spore zamieszanie. Nieznajoma wydaje się Thomasowi dziwnie znajoma, a pierwsze słowa, które wypowiada oraz napis na kartce, którą trzyma w ręku wywołują mieszane uczucia. A to jednak nie koniec niespodzianek.

Książka niezwykle tajemnicza, pasjonująca, trzymająca w napięciu. Nie dowiadujemy się zbyt wiele, do chwili kiedy bohater sam czegoś nie odkryje, mimo narracji trzecioosobowej podążamy cały czas za nim i obserwujemy tylko wydarzenia z nim związane. Wraz z Thomasem poznajemy świat Labiryntu. Obcy tak samo dla nas jak i dla niego. Od samego początku zostajemy zbombardowani nowymi wyrazami i zwrotami. Streferzy stworzyli swój własny, oryginalny język. Co jest bardzo mądrym posunięciem przez autora. Zręcznie wplótł tu zmodyfikowane słowa, które wcześniej uchodziły za wulgarne (nie wszystkie oczywiście, tylko niektóre). Teraz w sumie też uchodzą, ale to już nie to samo.

Świat do którego trafił bohater, i wszyscy inni jego towarzysze, to miejsce pełne niebezpieczeństw i zasadzek. Nastolatkowie, którzy normalnie chodziliby do szkoły, nie odrabiali lekcji, grali w gry lub oddawali się innym zajęciom charakterystycznym dla wieku dorastania, musieli w ekspresowym tempie przyjąć postawy dorosłych. Stworzyli własny system rządów, kar oraz odpowiednio podzielili obowiązki. Musieli poradzić sobie w tym obcym miejscu, a jednocześnie z mozołem szukali wyjścia z tego „więzienia”.

Główny bohater, jest jednym z wielu. Jednak to on wprowadza zmiany, które poniosą za sobą wiele cierpienia. Jak dla mnie jest pełen sprzeczności. W jednym momencie umiera ze strachu jak wszyscy w około, a za chwilę robi coś na co inni nie mieli wcześniej odwagi, niemal za każdym razem ryzykując życie. Osobiście nie zapałałam do niego jakąś szczególną miłością, jednak z chęcią sięgnę po kolejne tomy jego przygód.

Z biegiem wydarzeń poznajemy towarzyszy Thomasa, a nawet tajemnicza dziewczynę. Dowiadujemy się wielu często szokujących rzeczy. Koniec jak dla mnie był bardzo emocjonujący i pozostawił ogromy niedosyt. Z niecierpliwością więc oczekuję kolejnego tomu.

Książka często porównywana do takich serii jak „GONE” czy „Igrzyska Śmierci”. Dla mnie każda książka jest w pewien sposób nowa i oryginalna, choć ta niewątpliwie zawiera elementy obu wcześniejszych tytułów.

Co do naszego polskiego wydania, to chyba nie mam się do czego przyczepić :D. Okładka bardzo ciekawa. Oddaje treść książki. To oko dodaje dramatyczności, pioruny pewnie tez miały, bo nie przypominam sobie by tam jakiekolwiek były. Duży plusik za początki rozdziałów. Bardzo fajny pomysł z tym tłem za numerkiem.

„Więźnia Labiryntu” polecam wszystkim zainteresowanym, bo naprawdę warto. Niezainteresowanych też zachęcam do sięgnięcia po lekturę. Ja czas z tą książką spędziłam bardzo miło i mam nadzieje że wszystkich innych spotka to samo.

Moja ocena: 9/10

Kolejny tom serii pt "Próba ognia" miał ukazać się w marcu, ale niestety nie odbędzie się to w tym terminie. Kiedy tego nie wiem. Mam nadzieje, że całkiem niedługo.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl. Ogromnie dziękuję.

niedziela, 4 marca 2012

Kevin Hearne "Na psa urok"

Tytuł: Na psa urok (Hounded)
Cykl: Kroniki Żelaznego Druida
Tom: 1
Autor: Kevin Hearne
Wydawca: Rebis
Data wydania: 28 czerwiec 2011
Liczba stron: 296

 Atticus O’Sullivan to gwiazda rockowa wśród magików – ten przystojny Irlandczyk to tak naprawdę ostatni z druidów. Polegając na swych nadprzyrodzonych mocach, wrodzonym sprycie i uroku osobistym, już od dwóch tysięcy lat ucieka przed pewnym celtyckim bogiem. Kiedy jednak w sennym miasteczku Tempe w Arizonie, gdzie się ostatnio zaszył, pojawia się ponętna bogini śmierci Morrigan, jako forpoczta celtyckiego panteonu, Atticus nie ma złudzeń – zanosi się na poważne kłopoty…


Bardzo lubię, kiedy w książkach zagranicznych (i to nie tych czerpiących z II Wojny Światowej) pojawiają się polskie motywy. Taka duma z własnej narodowości (patriotyzm?). Nie wiem dlaczego, ale już tak mam. Kiedy w tekście odkrywam odwołanie do naszego kraju, od razu robi mi się cieplej na duszy. Wiem, wiem dziwna jestem... :D
Autor książki „Na spa urok” też wplótł w swoją opowieść coś polskiego. Może nie do końca ukazał to w jasnym świetle (nie oczerniał Polski, co to to nie), ale mimo wszystko podobało mi się.

Atticus O'Sullivan wygląda młodo. Ma rude włosy i taką samą kozia bródkę. Jeździ rowerem. Ma psa, wilczarza irlandzkiego, wabi się on Oberon (och przepraszam Oberon-czan ;)). Posiada też własny sklep. Wszystko wyglądałoby normalnie, gdyby nie sekret szczelnie ukryty przed zwykłymi szaraczkami.
Mimo młodego wyglądu bohater już dawno przekroczył drugie milenium. Jest druidem. Rozmawia ze swoim psem. W sklepie sprzedaje rzeczy, których zastosowanie znają tylko nieliczni. I na jego głowę czyha nie jeden rozwścieczony bóg...

„- Myślałam, że to terytorium boga chrześcijan.
 - W zasadzie tak, ale chrześcijanie mają takie niejasne pojęcie o swoim bogu, że ma on duże trudności z ucieleśnieniem się pod inną postacią jak boga ukrzyżowanego, a sama rozumiesz, że to żadna przyjemność, więc rzadko tu zagląda. Maryja pojawia się częściej. Ta to umie dokonywać niezłych sztuczek, jeśli tylko jest akurat w nastroju. Zwykle jednak siedzi po prostu i emanuje miłością i łaską.” *

Już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir niezwykłych wydarzeń. Akcja jest napięta niemal do ostatniej strony i pędzi na zwiększonych obrotach, pełna energii. Nie mamy niemal żadnej chwili na odpoczynek. Raz za rogu wyskakuje banda motocyklistów gotowa zabić bohatera i odebrać mu bardzo cenną rzecz, o której mowa jest przez całą książkę, kolejny raz zaskakuje nas coś innego (np. naga bogini w kuchni Atticusa :D). Ciągle coś tu się dzieje, a wszystko okraszane świetnymi tekstami druida i jego psa.

Mimo iż zdecydowanie dominują tu wierzenia celtyckie, to jednak niejednokrotnie wspominani się bogowie i postacie z innych panteonów. Spotkamy tu wampiry, wilkołaki, wiedźmy (ten polski akcent!), a to tylko część całej barwnej kawalkady drugoplanowych bohaterów. Magia aż iskrzy w powietrzu. Ostatniego druida na Ziemi czeka nie jedna kłoda podrzucona mu pod nogi przez przewrotny los.

Uwielbiam Atticusa. Jego poczucie humoru, niecodzienne podejście do najbardziej beznadziejnych sytuacji. I ta cała awersja do wiedźm. („Jak ja nie cierpię wiedźm!”). Oczywiście wydaje mi się, że obraz jego postaci nie byłby pełny bez boskiego Oberona. Ich dialogi są po prostu epickie i zapadną mi w pamięci na długi czas (ach te nieszczęsne francuskie pudlice).

Krótko mówiąc jestem zachwycona książką 'Na psa urok” i doczekać się wprost nie mogę kiedy będę miała czas na kolejne tomy. Autor odwalił kawał świetnej roboty tworząc te postaci i ich przygody.

Pochwały należą się też wydawnictwu. Oprawa graficzna jest świetna. Dzięki wielkie za pozostawienie oryginalnego projektu. Pan na okładce, adekwatny do bohatera (nawet tatuaże są). Bardzo podoba mi się pasek w kształcie naszyjnika na którym umieszczona jest nazwa serii. Małym minusikiem jest użycie srebrnej farby na tytuł. Jak zawsze starła się już po pierwszym czytaniu.

Tak więc polecam tą książkę naprawdę wszystkim (chyba że ktoś szczególnie nie lubi fantastyki). Romantyczki niestety mają pecha bo nie ma tu wielkiej i pasjonującej miłości (ach, sama też się lekko tym zawiodłam, ale jest naprawdę dobrze).

  • cytaty z książki „Na pasa urok”

Moja ocena: 10/10.

Kolejny tom (na który mam wielką ochotę) to:


 

sobota, 11 lutego 2012

Rachel Hawkins "Dziewczyny z Hex Hall"

Tytuł: Dziewczyny z Hex Hall (Hex Hall)
Cykl: Dziewczyny z Hex Hall
Tom: 1
Autor: Rachel Hawkins
Wydawca: Otwarte
Data wydania: 08 wrzesień 2010
Liczba stron: 304

Czy jesteś grzeczną dziewczynką?
Sophie Mercer zdecydowanie nie jest. Zbyt często wpada w tarapaty. Wreszcie „dla własnego dobra” trafia do Hex Hall, czyli szkoły z internatem dla czarownic, wilkołaków i elfów. W końcu Sophie to córka czarnoksiężnika.
I wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty. Życie „nowej” nie jest usłane różami. Zwłaszcza gdy najprzystojniejszy chłopak w szkole jest już zajęty. A jego dziewczyna, choć śliczna i słodka, potrafi zaleźć za skórę jak mało kto.
Jednak najgorsze wciąż przed Sophie. Ktoś zaczyna atakować uczniów, a podejrzenie pada na jej jedyną przyjaciółkę.



Pani poznaje Pana. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Wpadają się w wir namiętności, z którego Panią wyrywa odkrycie mrocznego sekretu ukochanego. Mianowicie Pan nie jest takim sobie zwykłym mężczyzną. Potrafi nie dokonywać rzeczy niemożliwych i niepojętych dla pospolitych szaraczków. A jakże! Jest w końcu czarnoksiężnikiem. Pani wpada w panikę i daje nogę. Problem polega na tym że nie uciekła sama. Na świat przychodzi córka Pani i Pana, która wydaje się być normalnych dzieckiem. Do czasu...

W wieku 12 lat Sophie dowiaduje się, że jest czarownicą. Krótko mówią nie radzi sobie z tym za bardzo. Po czterech latach i masie wpadek z używaniem magii, zapada decyzja by umieścić ją w Hekate Hall, szkole z internatem dla czarownic, wilkołaków i elfów. Bycie nową w jakimś miejscu nie jest przyjemnym doświadczeniem. Sophie jest to tego przyzwyczajona, w końcu mieszkała już w kilkunastu stanach. Jednak tym razem to doświadczenie jest o wiele gorsze. Sytuacji nie poprawia fakt, że mieszka z wampirzycą (jedyną w szkole), a ktoś atakuje uczniów i na ich szyjach pozostawia dwa małe otworki...

Wydawać by się mogło nic nowego. Bohaterka trafia do nowego środowiska. Już od wejścia robi sobie wrogów w postaci trzech najbardziej wpływowych czarownic. W dodatku chłopak jednej z nich (zauważyć tu trzeba, że najładniejszej), jest najprzystojniejszym facetem w szkole i (o zgrozo!) wpada w oko Sophie. Jest też i nowa przyjaciółka, która odgrywa ważną role w całej fabule. Czy my już gdzieś tego nie czytaliśmy? Ależ oczywiście, że tak (i to pewnie nie raz :D). Trzeba jednak przyznać, że historia ta, mimo iż lekko oklepana ma w sobie trochę nowości i naprawę warto po nią sięgnąć.

Pierwszy plus to bohaterowie. Nie są mdli i nijacy. Spohie to nie kolejna Bella niewiedząca co ze sobą zrobić. Jest konkretna, ciągle komuś dogryza lub pakuje się w jakieś kłopoty. Inteligentna, sprytna i lekko zagubiona w nowym świecie, z nowymi umiejętnościami. Musi zmierzyć się z prawdą o sobie samej, chociaż nie jest ona najsłodsza. Znajduje się w obcym, rządzącym się własnymi prawami świecie. Do tej pory wychowywała ją matka, zwykła śmiertelniczka. Nie wpajano jej od maleńkości odpowiednich zwyczajów i zachowań. Nie przygotowano ją na moc, która się u niej objawiła, nie nauczono się nią posługiwać. Jest to jedna z nielicznych kobiecych postaci literackich, która naprawdę mi się podobała. Większość niestety zachowuje się... jak się zachowuje i to mnie kompletnie od nich odpycha i drażni.
I w końcu pora na postać męską. Archer Cross. Och to jest gość! Wprawdzie nie było go tu tyle ile bym chciała, ale to wystarczyło by trafił na listę bohaterów w których jestem bez pamięci zakochana. Tajemniczy, przystojny, wysportowany, wrażliwy. Oczywiście obiekt wielu rozterek głównej bohaterki. Pozostaje lekko na uboczu by pod koniec zaskoczyć nas kompletnie i zwiać, pozostawiając niedosyt i oczekiwanie na kolejny tom.

W „Dziewczynach z Hex Hall” występuje narracja pierwszoosobowa. Całą historię obserwujemy oczami Sophie, możemy poznać targające nią emocje oraz wiele zabawnych komentarzy do aktualnych wydarzeń. Właśnie język, którym napisana jest książka sprawia, że ten tytuł jest tak ciekawy. Czyta się naprawdę sprawnie. Żadnych skomplikowanych zwrotów, ciągnących się w nieskończoność opisów. Wszystko toczy się dynamicznie i bez zbędnych komplikacji. Poznajemy funkcjonowanie Hekate Hall, historię Sophie, prawdę o pochodzeniu jej mocy. Śledzimy sprawę, z tajemniczymi atakami na uczniów, uczucie rodzące się między dziewczyna a Archerem. Tu na uwagę zasługuje fakt, że watek miłosny nie jest dominujący. Z niecierpliwością czeka się na jakąś kolejną scenę z tym dwojgiem w roli głównej. Ostatnia najlepsza (ale pewnie nie tylko ja tak uważam :D).

Ogromnie interesującą sprawą był świat Progidium (to ta cała gromada nadnaturalnych stworzeń) i historia ich początków. Rzekomo cała bajka o aniołach od których pochodzą wilkołaki, czarownice i ta cała reszta stada, już gdzieś była, jednak ja najwidoczniej tamtej książki nie czytałam i jest to dla mnie zdecydowana nowość.

Jeszcze słów kilka o okładce. Jak dla mnie średnia. Panie te wyglądają dziwnie, sztucznie, tandetnie. Ten napis z autorem to mniejszy już chyba być nie mógł. Plusik za czcionkę, bo jest naprawdę fajna i jak mniemam ma przedstawiać Diable Szkoło. Tło jest bardzo ładne i kolorystycznie i kompozycyjnie. Miało potencjał zepsuty przez te trzy dziewczęta.

Mi „Dziewczyny z Hex Hall” podobały się bardzo, mimo lekko nudnawego początku i powielaniu schematu. Książka napisana z humorem. Nie raz się pośmiałam. Polecam wszystkim choć trochę zainteresowanym i fanom gatunku. Cudo to może nie jest, ale warte poświęconego czasu. Nie mogę się już doczekać, kiedy zdobędę drugi tom.

Moja ocena: 8/10 

Drugi tom "Dziewczyny z Hex Hall. Diable szkło"